Chirurdzy - Potrafię z tym żyć

lekarze specjaliści > Chirurdzy > Chirurdzy - Potrafię z tym żyć

Specjaliści Radzą

Chirurdzy - Potrafię z tym żyć

Fragment książki Cud w medycynie. Historie pacjentów
Fragment rozdziału Potrafię z tym żyć
Proszę sobie wyobrazić, że wbija się nam drzazga w palec i zamiast ją usunąć, czekamy, co będzie dalej. Na początku jest tylko mała infekcja, ale może się ona skończyć nawet usunięciem palca. Wraz z tym, jak postępuje zakażenie, potęguje się nasz ból.
Wbity w przełyk sztuczny ząb zachowywał się tak samo — wokół protezki zrobiła się przetoka aortalno-przełykowa, która pękała co jakiś czas, doprowadzając do krwotoków. Kiedy krew zalewała płuca, traciłam przytomność. Oczywiście, przełyk był zniszczony i trzeba było zaplanować jego rekonstrukcję. Doktor Dońska-Wyporek postawiła sprawę jasno: „Żaden chirurg w naszym szpitalu nie odważy się wyjąć pani tej protezki. To zbyt trudna operacja”. To jest lekarz! Potraktowała mnie poważnie. Nie zwlekała, nie obiecywała, ale powiedziała, jak jest.
Potem wydarzyło się coś, czego do dzisiaj nie rozumiem: nie przyjęto mnie na operację do kliniki w Katowicach-Ligocie, choć wybór tego szpitala wydawał się oczywisty. W bielskim szpitalu zrobiono mi wszystkie potrzebne do operacji badania, czekałam nawet na miejsce w szpitalu w Bystrej, żeby zrobiono mi badanie bronchoskopem. Nie widziałam sensu przeprowadzania tego badania, bo przecież nie miałam problemów z płucami, ale stwierdziłam, że przecież się na tym nie znam... Na badanie czekałam dwa tygodnie — z powodu awarii aparatury — wykańczana kolejnymi krwotokami. Konieczne już były nawet transfuzje.
Wreszcie się okazało, że płuca mam czyste i nieuszkodzone, ale lekarze w Ligocie wciąż nie wyznaczyli mi terminu przyjęcia do szpitala. Mój stan był jednak na tyle groźny, że i tak mnie tam wysłano. Na miejscu okazało się, że może i powinnam być szybko operowana, ale, po pierwsze, nie ma miejsc; po drugie, pracownia endoskopowa jest nieczynna, bo pielęgniarka jest na urlopie; po trzecie, lekarz, z którym rozmawiałam, też wybierał się na urlop. A więc wróciłam. Do Bielska, do szpitala wojewódzkiego, do lekarzy z oddziału gastroenterologii i doktor Dońskiej-Wyporek.
Teraz myślę, że dobrze się stało, iż klinika w Ligocie nie znalazła dla mnie miejsca. Dzięki temu lekarze z Bielska wciąż szukali dla mnie szpitala i doświadczonego chirurga, który by się odważył mnie operować. Nie wątpiłam, że ktoś taki jest, trzeba było tylko być cierpliwym. I znalazł się! Pewnego popołudnia usłyszałam, że szpital imienia Jana Pawła II w Krakowie, mimo remontu jednego piętra, przyjmie mnie na pewno. Mam przyjeżdżać choćby dziś. Operacji podjął się doświadczony chirurg, wówczas jeszcze ordynator oddziału chirurgii klatki piersiowej w tym szpitalu, doktor Henryk Olechnowicz.
Zadzwoniłam do męża — szczęśliwa — żeby spakował moje rzeczy i przywiózł do szpitala, bo co prawda nie mam siły, ale jadę! Wreszcie! W Krakowie od razu zabrano mnie na stół, a podczas badań przygotowujących do operacji opowiedziałam kolejny raz swoją historię. Muszę kiedyś policzyć, ilu lekarzom przez te cztery lata opowiadałam to wszystko...
To na pewno jedno z trudniejszych doświadczeń w moim życiu, a zakończyło się równie niewinnie, jak się zaczęło. Zawieziono mnie na salę operacyjną. Lekarz napchał mi rur do gardła — przepraszam, że opowiadam to tak niefachowo i po swojemu, ale ja jestem tylko księgową — i wyciągnął mój sztuczny ząb, nawet nie biorąc skalpela do ręki. Gdy się wybudziłam z narkozy, przyniósł mi go w słoiku i zapytał łobuzersko: „To pani ząb? Dobrze, teraz jest mój, bo wszystkie rzeczy, które wyjmuję z pacjentów, rekwiruję. Na pamiątkę”.
To dziwne, że lekarze tego wcześniej nie znaleźli, mimo tylu badań, mimo że tyle razy opowiadałam tę historię. Może jestem naiwna, ale wydawało mi się, że każde badanie to jak sprawdzanie PIT-u: czyta się rubrykę po rubryce, przelicza i sumuje...
Nie ma we mnie złości. Nawet na lekarzy z kliniki w Ligocie, którzy przez trzy lata nie potrafili znaleźć protezki. To też ludzie — mogą popełniać błędy. Mam jedynie żal, że nikt nie postawił sprawy jasno, gdy ich prosiłam o operację. Mogło to wyglądać na przykład tak: „Pani Socałowa, nie wiemy, jak to się stało, że nie znaleźliśmy tego zęba, ale nie potrafimy tego z pani wyjąć. Poszukamy innego szpitala”... Brzmi o wiele lepiej, niż: „Na oddziale nie ma miejsc, pracownia endo­skopowa nie pracuje, bo są wakacje, a ja idę na urlop”. Chyba nie oczekiwałam zbyt wiele od tak znakomitych lekarzy.

Dwa dni po wyjęciu protezki z ust chlusnęła mi krew. Dosłownie. Dostałam krwotoku, po którym od razu przewieziono mnie na salę operacyjną. Robota była koronkowa: zacerowano mi naruszoną ścianę aorty, do której wrastał przez cztery lata wbity w przełyk ząb. Przełyk był na tyle zniszczony, że chirurg musiał go wyciąć.
Dla porządku powiem, że operacja trwała piętnaście godzin, i podano mi trzydzieści jednostek, czyli piętnaście litrów, krwi. Jak to jest otrzymać piętnaście litrów krwi? Doktor Olechnowicz powiedział, że to tak, jakbym przeszła sześć transfuzji. Przyznał, że dwa razy im „odleciałam” i konieczna była reanimacja. Cztery godziny po rozpoczęciu operacji mąż odebrał telefon ze szpitala, żeby przygotował się na najgorsze...
Ale żyję. Jestem. Uparłam się widać, by przeżyć, podobnie jak lekarze, którzy mnie operowali. Ani razu zresztą przez całe cztery lata nie przyszła mi do głowy myśl, że mogłabym umrzeć. Kiedyś — na pewno, ale nie teraz, nie z tego powodu!
Dziesiątego dnia po operacji moje łóżko ustawiono naprzeciw okna, pod którym rosła stara, prawie uschnięta wierzba. Patrzyłam, jak dwie dorodne kawki uwijają się przy gnieździe, które zbudowały na konarze. Leżałam pocięta, dostawałam tak silne środki przeciwbólowe, że kilka dni wcześniej traciłam z ich powodu poczucie czasu i rzeczywistości. Ale czując ciepło rozgrzanego lipcowego powietrza, widząc te zajęte swoim życiem ptaki, doszłam do wniosku, że nie mogę tak bezczynnie leżeć. Muszę się wziąć za siebie: wyjść ze szpitala i wrócić do domu. Zająć się mężem, synami, dwoma kotami. Zaprosić sąsiadki do altany w ogrodzie, przyciąć róże.

Cud w Medycynie Historie Pacjentów

Pozostałe artykuły

 

Polityka plików "cookie":

Nasz serwis wykorzystuje pliki cookies. Korzystanie z witryny oznacza zgodę na ich zapis lub wykorzystanie. Więcej informacji można znaleźć w polityce prywatności.

 

copyright © 1999-2016 Telewolt Sp. z o.o. 00-671 W-wa, ul. Koszykowa 70 lok.2, tel.: (22) 621-81-17, medserwis@medserwis.pl